50 lat. I co z tego?
Mam 50 lat. I co z tego? O tym, jak łatwo odkładamy różne rzeczy na później, jak szybko biegnie czas i dlaczego coraz mniej chcę czekać na lepszy moment. Bo „później” bardzo łatwo zamienia się w „nigdy”.
50 lat nie brzmi już dla mnie jak granica. Bardziej jak moment, w którym coraz mniej chce mi się żyć według tego, co „wypada”, a coraz bardziej po swojemu.
50 lat. I co z tego?
Jeszcze kilka lat temu ta liczba wydawała mi się bardzo odległa. Pięćdziesiątka brzmiała poważnie. Trochę jak jakaś granica. Dzisiaj jestem już po tej drugiej stronie i wcale nie mam wrażenia, że coś się kończy. Wręcz przeciwnie. Mam wrażenie, że chce mi się więcej.
Nie dlatego, że nagle zaczęłam się bać, że nie zdążę. Nie chcę teraz biec, łapać wszystkiego naraz i udowadniać sobie, że nadal mogę. Chodzi o coś zupełnie innego. Nie chcę już odkładać swojego życia na później. Bo coraz częściej dochodzę do wniosku, że później bardzo łatwo zamienia się w nigdy.
Mam z tym „później” nawet swoje małe doświadczenie w domu. Kiedy czasami rzucam jakiś pomysł i słyszę od mojego męża z uśmiechem: „zobaczymy” albo „pomyślimy”, już wiem, co to znaczy. Nie teraz. Może później. I coraz częściej myślę, że z życiem jest trochę podobnie.
Później pojadę. Później spróbuję. Później zmienię. Później zacznę. Jeszcze nie teraz. Może kiedyś. Tylko że to nasze „kiedyś” ma jedną paskudną właściwość. Czasem nigdy nie przychodzi.
Sama jestem najlepszym przykładem. Kiedy miałam 45 lat, przyszło mi do głowy, żeby napisać książkę. Pomyślałam: fajnie byłoby zrobić to przed pięćdziesiątką. Pięć lat. Przecież to mnóstwo czasu. Miałam 46 lat — spokojnie, jeszcze cztery. 47 — jeszcze trzy. 48 — dwa lata, przecież zdążę. 49 — dam radę, na pewno.
I nagle przyszła pięćdziesiątka.
Książka jest. Napisałam ją. Tylko jej nie wydałam.
I chyba właśnie ta historia najlepiej pokazała mi, jak działa nasze „później”. Ono nie wygląda groźnie. To nie jest jedna wielka decyzja: rezygnuję z marzenia. To są małe rzeczy. Jeszcze trochę. Teraz nie mam czasu. Zrobię to po wakacjach. Od nowego roku. Jak będzie spokojniej. Przecież zdążę.
A potem człowiek odwraca się za siebie i widzi, że minęło pięć lat.
Czas biegnie niezależnie od tego, czy jesteśmy gotowe. I nie chodzi mi o to, żeby po pięćdziesiątce nagle zacząć żyć w pośpiechu. Właśnie odwrotnie. Nie chcę gonić. Chcę przestać odkładać. To są dwie zupełnie różne rzeczy.
Nie muszę zrobić wszystkiego. Ale jeżeli czegoś naprawdę chcę, nie chcę już zostawiać tego na mityczne „kiedyś”.
Mam też wrażenie, że coś nam się z wiekiem bardzo poprzesuwało. Kiedy byłam młodsza, czterdziestoletnia kobieta wydawała mi się już bardzo dorosła. Pięćdziesiątka brzmiała właściwie jak „starsza pani”. Dzisiaj patrzę na kobiety w moim wieku i zastanawiam się: gdzie są te starsze panie?
Wyglądamy inaczej niż kiedyś kobiety w tym samym wieku. Żyjemy inaczej. Pracujemy, podróżujemy, zmieniamy zawody, zakładamy firmy, uczymy się nowych rzeczy, zaczynamy od początku. Czterdziestka stała się trochę dawną trzydziestką, pięćdziesiątka trochę czterdziestką. Często nasz wygląd zupełnie nie pasuje do liczby zapisanej w dowodzie czy paszporcie.
Ale chyba jeszcze bardziej zmienia się głowa.
Mam 50 lat i wcale nie czuję, że chce mi się mniej. Chce mi się więcej, tylko inaczej. Nie więcej rzeczy, obowiązków i biegania. Więcej swojego życia. Więcej decyzji dlatego, że ja ich chcę, a mniej dlatego, że tak wypada. Mniej zastanawiania się, co ktoś powie. Mniej tracenia czasu na rzeczy, które właściwie nie mają dla mnie znaczenia.
Ponad dwadzieścia lat temu przyjechałam do Francji. Nie będę tutaj opowiadała całej tej historii, bo napisałam ją już w „O mnie”. Ale dzisiaj wiem jedno: gdybym wtedy czekała, aż będę wszystkiego pewna, prawdopodobnie nigdy bym nie wyjechała. Nie wiedziałam, jak będzie wyglądało moje życie za rok, pięć czy dwadzieścia lat. Zrobiłam pierwszy krok. Reszta przyszła później.
I chyba teraz znowu robię pierwszy krok.
Z tą stroną mogłam zrobić dokładnie to samo, co z książką. Kiedyś zacznę pisać. Kiedyś zrobię stronę. Najpierw wszystko przygotuję. Jeszcze ją dopracuję. Jeszcze nie jestem gotowa. Może za miesiąc.
Tylko że ja już znam tę historię.
Dlatego zaczynam teraz.
Nie wiem jeszcze dokładnie, dokąd zaprowadzi mnie PODPIS. Będę pisała o kobietach, wieku, życiu między Polską a Francją, relacjach, zmianach, samotności, pracy, wyglądzie. Czasami o rzeczach ważnych, czasami zupełnie zwyczajnych. O tym, co mnie zachwyca, co mnie zastanawia i pewnie czasami również o tym, co mnie zwyczajnie wkurza.
Nie chcę nikogo uczyć, jak ma żyć. Sama nadal się tego uczę. Chcę po prostu mówić swoim głosem.
I chyba właśnie dlatego nazwałam to miejsce PODPIS.
Bo każda z nas ma swoją historię. Każda dokonała innych wyborów. Każda coś zaczęła, coś skończyła, z czegoś zrezygnowała. Każda czegoś żałuje i z czegoś jest dumna. Nie ma dwóch takich samych żyć.
Każda ma swój podpis.
Ja właśnie stawiam tutaj swój pierwszy.
Mam 50 lat. I co z tego?
Nie chcę wiedzieć, ile jeszcze mam czasu. Chcę dobrze wykorzystać ten, który mam.
I jeśli jest coś, czego naprawdę chcę, nie mówić już: „później”.
Bo później bardzo często znaczy nigdy.
A Ty? Co od dawna odkładasz na później?