Nie odkładajmy siebie na później
Różowa wstążka. I jedno ważne przypomnienie
Co roku w październiku pojawia się różowa wstążka. W witrynach, na plakatach, w internecie. I co roku, kiedy ją widzę, myślę właściwie o tym samym. Dobrze, że jest.
Nie dlatego, że przez jeden miesiąc mamy nagle wszystkie zacząć żyć pod znakiem badań i chorób. Wręcz przeciwnie. Nie lubię żyć w strachu i jeszcze bardziej nie lubię internetowych poradników mówiących kobietom, co powinny robić, jak powinny żyć i jak mają o siebie dbać. Sama nie chcę nikomu mówić, jakie badania ma zrobić ani kiedy ma je zrobić.
Ale jeśli ta jedna różowa wstążka przypomni którejś z nas: „Kurczę, dawno się nie badałam”, to już zrobiła coś dobrego. I właśnie dlatego co roku zwracam na nią uwagę.
Bo w codziennym życiu bardzo łatwo odłożyć siebie na później. Praca. Dom. Dzieci. Rodzina. Zakupy. Spotkania. Obowiązki. Zawsze jest coś ważniejszego. A wizyta, którą miałyśmy umówić w tym miesiącu, przesuwa się na następny.
Szczególnie myślę tutaj o nas, kobietach mieszkających za granicą.
Ile razy słyszałam: „Zrobię badania, jak pojadę do Polski”.
Sama przez lata wiele rzeczy załatwiałam właśnie w Polsce. Bo łatwiej. Bo język. Bo znamy system. Bo mamy swojego lekarza. Jedziemy na kilka dni czy na wakacje, umawiamy kilka wizyt, robimy podstawowe badania, ginekologa, USG, może coś jeszcze i wracamy do Francji z poczuciem, że wszystko załatwione.
Tylko z czasem zaczęłam patrzeć na to trochę inaczej. Jeżeli tutaj jest nasze życie, dobrze mieć również tutaj lekarza, który nas zna. Nie tylko lekarza, którego zobaczymy raz podczas pobytu w Polsce, ale kogoś, do kogo możemy wrócić. Kto pamięta, co było wcześniej. Kto ma nasze wyniki. Kto wie trochę więcej niż to, co zdążymy opowiedzieć podczas jednej wizyty.
I przede wszystkim — nie bójmy się lekarza we Francji tylko dlatego, że nasz francuski nie jest idealny.
Naprawdę nie trzeba prowadzić filozoficznej dyskusji po francusku, żeby powiedzieć, co nas boli, pokazać wyniki czy zadać pytanie. Można nie znać jakiegoś słowa. Można poprosić o powtórzenie. Można zapisać sobie wcześniej kilka zdań. Najważniejsze, żeby pójść.
Piszę o tym również dlatego, że sama niedawno trafiłam na lekarza, który bardzo zmienił moje myślenie o tym, jak może wyglądać wizyta u ginekologa. Mam czasami wrażenie, że ten człowiek po prostu urodził się po to, żeby być lekarzem. Nie dlatego, że robi coś spektakularnego. Właśnie odwrotnie.
Słucha.
Ma czas. Pyta. Bada. Wraca do wyników. Odpowiada na moje pytania. Nie daje mi poczucia, że następna pacjentka już stoi za drzwiami i powinnam się pospieszyć.
A dla mnie to właśnie jest ogromnie ważne. Bo kiedy siedzimy przed lekarzem, szczególnie kiedy rozmawiamy o sprawach kobiecych, czasami potrzeba chwili, żeby powiedzieć to, z czym naprawdę przyszłyśmy.
Mam szczęście, że na niego trafiłam. Tym bardziej że we Francji dobrze wiemy, jak wygląda sytuacja — kiedy dobry specjalista ma już komplet pacjentów, znalezienie miejsca potrafi być bardzo trudne.
Dlatego nie chcę pisać kolejnego tekstu pod tytułem: „Kobieto, musisz zrobić to, to i to”.
Nie.
Chcę powiedzieć coś znacznie prostszego.
Nie odkładajmy siebie.
Nie czekajmy pół roku tylko dlatego, że latem jedziemy do Polski. Nie odkładajmy wizyty, bo boimy się języka. Nie odkładajmy pytania, bo wydaje nam się głupie. I nie unikajmy lekarza dlatego, że boimy się tego, co może powiedzieć.
Pięćdziesiątka rzeczywiście wiele weryfikuje. Przynajmniej u mnie. Kiedy jesteśmy młodsze, łatwo mieć poczucie, że zdrowie po prostu jest. Organizm sobie poradzi. Jeszcze mamy czas. Jeszcze zdążymy.
A później zaczynamy rozumieć, że dbanie o siebie nie jest paniką ani obsesją. Jest częścią normalnego życia.
Ale jest jeszcze jedna rzecz, o której myślę przy okazji Różowego Października.
Dużo mówimy o tym, że kobiety powinny się wspierać. Że kobieta kobiecie poprawia koronę. Że powinnyśmy być dla siebie dobre. Że powinnyśmy stać za sobą murem. Pięknie to brzmi.
Tylko że prawdziwe wsparcie nie zawsze wygląda jak piękny cytat na Instagramie.
Czasami wygląda tak: „Pójdziesz ze mną do lekarza?”
I może warto wtedy, zanim odpowiemy: „Nie mogę, pracuję”, „Nie mam czasu”, „Może jutro”, zatrzymać się na chwilę.
Bo może ona naprawdę nie ma z kim pójść. Może mieszka we Francji od niedawna i nie zna jeszcze dobrze języka. Może boi się, że nie zrozumie lekarza. Może dostała wynik, którego nie rozumie, i od dwóch dni chodzi z nim w torebce. A może po prostu się boi.
Nie zawsze chcemy iść z mężem. Nie o wszystkim chcemy rozmawiać z partnerem. Są takie momenty, kiedy obok siebie chciałybyśmy mieć po prostu inną kobietę.
Siostrę. Mamę. Przyjaciółkę, którą znamy od dwudziestu lat.
Tylko że siostra jest w Polsce. Mama jest w Polsce. Przyjaciółka jest w Polsce. A my jesteśmy tutaj.
I myślę, że wiele kobiet żyjących za granicą doskonale zna to uczucie. Mamy swoje życie. Mamy rodzinę. Mamy ludzi wokół siebie. A jednak w pewnych sytuacjach nagle bardzo mocno czujemy, że tych naszych kobiet nie ma obok.
I wtedy tą osobą może zostać koleżanka z pracy. Sąsiadka. Znajoma. Kobieta, którą znamy może nie od dwudziestu lat, ale od dwóch miesięcy.
Jeżeli kiedyś któraś z nich powie nam: „Słuchaj, mam wizytę. Boję się. Pójdziesz ze mną?”, to może warto na chwilę spojrzeć inaczej na własny kalendarz.
Oczywiście każda z nas ma pracę. Obowiązki. Dzieci. Spotkania. Swoje problemy. Nie zawsze możemy wszystko rzucić. Ale czasami możemy.
Czasami ta jedna godzina w naszym kalendarzu naprawdę nie jest ważniejsza od tego, żeby usiąść obok drugiej kobiety w poczekalni.
I może właśnie na tym naprawdę polega to nasze „kobieta kobiecie”. Nie na udostępnieniu kolejnego zdania o kobiecej solidarności. Nie na pisaniu sobie, że jesteśmy silne.
Bo czasami wcale nie musimy być silne.
Czasami możemy powiedzieć: „Boję się. Pójdziesz ze mną?”
A druga kobieta może odpowiedzieć: „Pójdę”.
I to wystarczy.
Nie musimy znać odpowiedzi. Nie musimy wiedzieć, co powiedzieć. Nie musimy pocieszać na siłę. I błagam — nie opowiadajmy wtedy historii o koleżance koleżanki, która „miała dokładnie to samo”, ani nie stawiajmy sobie nawzajem diagnoz po przeczytaniu trzech artykułów w internecie.
Od tego są lekarze.
My możemy zrobić coś innego.
Możemy być obok. Możemy potrzymać za rękę. Możemy pomóc zrozumieć jedno zdanie po francusku. Możemy poczekać przed gabinetem. Możemy po wizycie pójść razem na kawę i przez godzinę nie rozmawiać już o żadnych badaniach.
Może więc przy okazji tej różowej wstążki przypomnijmy sobie nie tylko o własnym zdrowiu. Rozejrzyjmy się też trochę dookoła.
Może obok nas jest kobieta, która odkłada wizytę nie dlatego, że nie wie, że powinna pójść. Tylko dlatego, że nie chce iść sama.
I jeżeli kiedyś któraś z nas usłyszy: „Pójdziesz ze mną?”, to może właśnie wtedy warto odłożyć na chwilę swoje sprawy.
Bo o kobiecym wsparciu bardzo łatwo jest mówić. Znacznie trudniej czasami znaleźć dla drugiej kobiety godzinę. A może właśnie ta godzina jest więcej warta niż wszystkie piękne słowa o kobiecej solidarności.
Korona nam od tego nie spadnie. A komuś może być dużo łatwiej ją poprawić.
Różowa wstążka będzie wszędzie przez cały październik. A ja chciałabym, żeby została mi po niej jedna myśl na cały rok.
Badajmy się, dziewczyny. Rozmawiajmy ze sobą. Nie odkładajmy siebie. I kiedy trzeba — chodźmy tam razem.