Moja historia
Mam na imię Renata. Od ponad dwudziestu lat mieszkam we Francji.
Przyjechałam tutaj jako 26-letnia dziewczyna, razem z córką. Kilka walizek, dużo planów i chyba jeszcze więcej nadziei, że wszystko jakoś się poukłada.
I poukładało się. Tylko nie od razu i nie zawsze tak, jak sobie wyobrażałam.
Nowy kraj, język, szkoła, praca, rodzina. Później pierwsza firma, kolejne pomysły i kolejne decyzje. Wszystko powstawało powoli, krok po kroku. Cegiełka po cegiełce.
Były bardzo dobre momenty, ale były też takie, kiedy nic nie było proste. Było zmęczenie, stres, łzy, niepewność i pytanie: co dalej?
Myślę, że właśnie dlatego trochę inaczej patrzę dzisiaj na historie ludzi, którzy wyjechali za granicę.
Z Polski często widać już tylko efekt. Dom, samochód, firmę, wakacje, zdjęcie przy ładnym stole. I łatwo pomyśleć: wyjechała, udało jej się, ma dobrze.
A przecież pomiędzy „wyjechała” a „ma dobrze” może mieścić się dwadzieścia lat życia.
Tego na zdjęciach nie widać.
Nie widać pracy, zaczynania od początku, ryzyka, problemów, liczenia pieniędzy ani zwykłych poniedziałków, kiedy niezależnie od wszystkiego trzeba było wstać i robić dalej.
Moje życie też tak powstawało.
Przez wiele lat byłam związana ze światem nieruchomości i przedsiębiorczością. Tworzyłam firmy, rozwijałam różne projekty, uczyłam się biznesu, ale chyba przede wszystkim ludzi.
Lubiłam tempo. Lubiłam, kiedy coś się działo. Zawsze był kolejny pomysł, kolejny projekt, następna rzecz do zrobienia.
A potem, gdzieś po czterdziestce, poczułam potrzebę czegoś zupełnie innego.
Zainteresowałam się masażem twarzy. Zrobiłam szkolenia i stworzyłam własny gabinet.
I nagle z tego szybkiego świata weszłam w zupełnie inny.
Cisza. Półmrok. Świece. Zapach olejków. Spokojna muzyka. Powolne, powtarzające się ruchy.
Bardzo to polubiłam.
Masaż dawał mi spokój. Było w nim coś z medytacji, trochę z jogi. Przez godzinę nikt się nie spieszył i niczego nie trzeba było załatwiać.
Poznawałam też kobiety, które przychodziły do mnie chyba właśnie po to samo. Po godzinę dla siebie. Chwilę, w której nie trzeba być mamą, żoną, pracownicą, szefową ani kobietą, która zawsze wszystko ogarnia.
Można było po prostu być.
Dzisiaj myślę, że ten gabinet był potrzebny również mnie.
To był trochę mój czas zimowania.
Po tylu latach biegu potrzebowałam na chwilę zwolnić. Zamknąć drzwi, zapalić świecę, włączyć muzykę i pobyć trochę w ciszy.
I właśnie wtedy zaczęłam dużo myśleć.
O kobietach. O relacjach. O wieku. O tym, czego same od siebie wymagamy. O tym, ile rzeczy robimy dlatego, że naprawdę tego chcemy, a ile dlatego, że „tak wypada”.
Po ponad dwudziestu latach we Francji zaczęłam też coraz wyraźniej dostrzegać różnice między Polską a Francją.
Nie po to, żeby oceniać, gdzie jest lepiej. Zupełnie nie o to chodzi.
Po prostu jest inaczej.
Inaczej patrzymy na wiek, kobiety, wygląd, pieniądze, sukces i rodzinę. Inaczej podchodzimy do tego, co wypada, jak należy wyglądać i co inni o nas pomyślą.
Niektóre z tych różnic mnie bawią. Inne zachwycają. Są też takie, które potrafią mnie naprawdę zdenerwować.
Mam dziś 50 lat.
I chyba najbardziej zaskakuje mnie to, że wcale nie czuję, żeby coś się kończyło.
Wręcz przeciwnie.
Nadal mam pomysły. Nadal jestem ciekawa. Nadal chcę próbować nowych rzeczy, coś zmieniać i zaczynać od początku, jeśli mam na to ochotę.
Nie mam już natomiast potrzeby udowadniania, że wszystko w swoim życiu zrobiłam idealnie.
Bo nie zrobiłam.
Nie każda decyzja była dobra. Nie każdy pomysł się udał. Nie każda relacja wyglądała tak, jak sobie wyobrażałam. Czasami wiedziałam dokładnie, dokąd idę, a czasami kompletnie nie.
Ale to wszystko jest moje.
I dzisiaj potrafię się pod tym podpisać.
Pod tą 26-letnią dziewczyną, która przyjechała do Francji.
Pod młodą mamą, która próbowała poukładać życie w obcym kraju.
Pod kobietą, która budowała firmy.
Pod tą, która czasem miała wszystkiego dosyć.
Pod tą, która na jakiś czas schowała się w swoim cichym gabinecie pachnącym olejkami.
I pod tą dzisiejszą — pięćdziesięcioletnią, nadal ciekawą tego, co będzie dalej.
Chyba właśnie gdzieś z tego wszystkiego powstał PODPIS.
Nie chcę tutaj nikogo uczyć, jak ma żyć.
Chcę pisać o tym, co widzę, co mnie porusza, co mnie bawi, a czasem złości. O kobietach, wieku i naszych wyborach. O Polsce i Francji. O zmianach i o tym, dlaczego tak często przejmujemy się tym, co wypada.
I o tym, co się dzieje, kiedy w pewnym momencie przestajemy pytać wszystkich dookoła o zgodę i zaczynamy trochę bardziej słuchać siebie.
Nie wiem jeszcze, dokąd zaprowadzi mnie PODPIS.
I chyba właśnie to podoba mi się najbardziej.
Mam 50 lat.
No i co z tego?
Idę dalej.
Jeśli masz ochotę — chodź ze mną.