Między Polską a Francją
Między Polską a Francją. Kiedy przestałam się przebierać
Po 24 latach we Francji już się nie przebieram. Po prostu się ubieram.
I wcale nie chodzi o to, że przestałam lubić ubrania, kosmetyki czy dbanie o siebie. Wręcz przeciwnie. Lubię wyglądać dobrze. Tylko gdzieś po drodze przestałam mieć poczucie, że za każdym razem, kiedy wychodzę z domu, muszę stworzyć odpowiednią wersję siebie.
Nie zawsze tak było.
Kiedy przyjechałam do Francji, miałam 26 lat i przywiozłam ze sobą nie tylko walizki. Przywiozłam też pewien sposób myślenia o tym, jak kobieta powinna wyglądać.
Pamiętam siebie z tamtych lat. Buty na obcasie, krótkie spódniczki, makijaż. Zastanawianie się, co założę, jak się uczeszę, jak będę wyglądać. To było dla mnie zupełnie normalne. Nie zastanawiałam się nad tym, bo w Polsce wiele kobiet wokół mnie robiło dokładnie to samo.
I pamiętam jedno zdanie mojego męża. Mieliśmy gdzieś iść, chyba coś załatwić, i zapytał mnie zupełnie zwyczajnie: „A płaskich butów nie masz?”.
Nie powiedział tego złośliwie. Nie chodziło o to, że byłam źle ubrana. Chciał po prostu, żebyśmy mogli normalnie i szybko iść. Drobiazg. A jednak pamiętam to zdanie do dzisiaj.
Bo chyba pierwszy raz przyszło mi wtedy do głowy: właściwie dlaczego ja wszędzie muszę chodzić na obcasach?
Francuskie chodniki zresztą dość szybko pomogły mi odpowiedzieć na to pytanie. Kto próbował chodzić na szpilkach po starych ulicach albo chodniku ze spadkiem w stronę jezdni, ten wie, że czasami elegancja kończy się tam, gdzie zaczyna się walka o utrzymanie kostki w jednym kawałku.
I tak, zupełnie niepostrzeżenie, coś zaczęło się zmieniać. Najpierw buty. Później reszta.
Zaczęłam zauważać kobiety wokół mnie. Dżinsy, T-shirt, marynarka, sportowe buty. Dobre włosy. Zadbana skóra. Czasem makijaż, czasem nie. Bez poczucia, że przed zwykłym wyjściem z domu trzeba stworzyć kompletną stylizację.
I bardzo szybko odkryłam, że można wyglądać świetnie, nie wyglądając tak, jakby przez ostatnią godzinę człowiek przygotowywał się do tego, żeby wyglądać świetnie.
To była dla mnie ogromna ulga.
Z czasem zauważyłam też coś jeszcze. We Francji bardzo trudno ocenić człowieka po tym, czym przyjechał albo co ma na sobie.
Zwłaszcza tutaj, gdzie mieszkam, w Fontainebleau, Paryżu , można spotkać człowieka w zwykłych dżinsach, T-shircie i starych butach, który wsiada do samochodu mającego kilkanaście czy dwadzieścia lat. I nigdy nie wiesz, czy za chwilę nie wróci nim do ogromnego domu, pięknej posiadłości albo mieszkania wartego fortunę.
Po prostu tego po nim nie widać.
I bardzo mi się to spodobało.
Nie dlatego, że Francuzi nie lubią pięknych rzeczy. Lubią. I potrafią wydawać na nie naprawdę duże pieniądze. Tylko często mam wrażenie, że wolą mieć mniej rzeczy, ale takich, które naprawdę wybrali. Dobry płaszcz. Dobre buty. Torebkę, którą noszą latami. Samochód nie musi co kilka lat informować sąsiadów, że w życiu dobrze nam idzie.
Oczywiście nie wszyscy Francuzi tacy są. Tak samo jak nie wszystkie Polki chodzą wystrojone od rana do wieczora. Nie chcę tworzyć kolejnego narodowego stereotypu. Ale różnicę widać.
Najbardziej uświadomiła mi ją kiedyś moja córka.
Wychowała się we Francji. Pojechałyśmy do Polski i siedziałyśmy z rodziną w restauracji. W pewnym momencie podeszła do mnie i zapytała: „Mamo, czy wszystkie kobiety w Polsce mają powiększone usta?”.
W pierwszej chwili aż mnie zatkało. Nie dlatego, że widziałam w tym coś złego. Bardziej dlatego, że sama zupełnie nie zwróciłam na to uwagi. Dla mnie ten obraz był znajomy. Ona, wychowana we Francji, zauważyła go od razu.
I wtedy pomyślałam, jak bardzo miejsce, w którym żyjemy, przyzwyczaja nasze oko do określonego obrazu kobiety. Do tego, co uznajemy za zadbane, atrakcyjne, eleganckie czy po prostu normalne.
Ile trzeba zrobić, zanim wyjdziemy z domu? Gdzie kończy się zwykła przyjemność dbania o siebie, a zaczyna poczucie, że ciągle trzeba coś w sobie poprawiać?
Bo ja naprawdę lubię zadbane kobiety. Sama lubię zadbaną skórę, włosy, paznokcie i dobre ubrania. Nie zamierzam udawać, że wygląd zupełnie mnie nie interesuje, bo interesuje.
Tylko dzisiaj coraz częściej zadaję sobie inne pytanie. Czy ja się ubieram, bo mam ochotę tak wyglądać? Czy przebieram się za kobietę, którą chcę pokazać innym?
To są dwie zupełnie różne rzeczy.
Po ponad dwudziestu latach życia we Francji widzę tę zmianę również wtedy, kiedy wracam do Polski. I czasami mnie to bawi.
Zdarza się, że wchodzimy z mężem do restauracji i zanim zdążę powiedzieć „dzień dobry”, dostaję menu po angielsku.
Ale najlepsza sytuacja wydarzyła nam się kiedyś w Rzeszowie. Spaliśmy w hotelu, w którym na dole była dyskoteka. Postanowiliśmy zejść. Nie wiedzieliśmy, że obowiązuje tam jakiś konkretny dress code.
Przy wejściu dwóch ochroniarzy spojrzało na nas i jeden z nich zaczął bardzo powoli, niemal pomagając sobie gestami, tłumaczyć mi, żebym przekazała panu, który jest ze mną, że nie może wejść w spodenkach i powinien założyć długie spodnie.
Popatrzyłam na niego i powiedziałam: „Ten pan mówi po polsku”.
Do dzisiaj mnie to śmieszy. Bo nie zdążyliśmy powiedzieć ani jednego słowa, a oni już byli przekonani, że jesteśmy cudzoziemcami.
I wtedy dotarło do mnie coś jeszcze. Ja przecież nadal jestem Polką. Mówię po polsku. Polska jest częścią mojego życia i zawsze nią będzie. A jednak po tylu latach Francja też jest już we mnie.
W sposobie, w jaki żyję. W tym, jak patrzę na ludzi. I najwyraźniej nawet w tym, jak się ubieram.
Nie wiem, w którym dokładnie momencie ta zmiana nastąpiła. Nie było dnia, w którym wyrzuciłam obcasy i powiedziałam: od dzisiaj będę Francuzką. Zresztą nigdy nią w ten sposób nie będę.
To działo się powoli.
Z roku na rok coraz mniej interesowało mnie, czy jestem wystarczająco „zrobiona”, żeby gdzieś pójść. Zaczęło mnie natomiast interesować, czy jest mi dobrze. Czy jest mi wygodnie. Czy to, co mam na sobie, jest naprawdę moje.
I chyba właśnie tę lekcję najbardziej lubię.
Nie muszę wyglądać na bogatszą, niż jestem. Nie muszę wyglądać na młodszą. Nie muszę wyglądać tak, żeby ktoś obcy pomyślał: „Ale ona jest zadbana”. Nie muszę niczego komunikować samochodem, torebką, butami ani metką.
Mogę lubić piękne rzeczy i jednocześnie nie potrzebować ich jako dowodu na to, kim jestem.
I może właśnie dlatego dzisiaj trochę drażni mnie nasze ciągłe ocenianie ludzi po okładce. Bo przez te wszystkie lata zobaczyłam zbyt wielu ludzi, których można byłoby bardzo źle „wycenić”, patrząc tylko na ich ubranie, samochód czy wygląd.
I może dobrze.
Może nie wszystko musi być widoczne od razu. Może nie wszystko, co mamy, musi być pokazane. I może kobieta naprawdę nie musi każdego ranka tworzyć swojej najlepszej wersji, żeby wyjść między ludzi.
Może czasami wystarczy po prostu być sobą.
Zadbaną albo nieidealną. W marynarce albo w T-shircie. W makijażu albo bez. W szpilkach, jeśli naprawdę je kocha, albo w adidasach, jeśli właśnie w nich czuje się najlepiej.
Bo chyba nie chodzi o to, żebyśmy wszystkie zaczęły wyglądać jak Francuzki. Ani żeby Francuzki zaczęły wyglądać jak Polki.
Chodzi o to, żebyśmy w pewnym momencie przestały wyglądać tak, jak wydaje nam się, że powinnyśmy.
Mam 50 lat. Od 24 lat mieszkam we Francji. Nadal lubię się ubrać. Nadal lubię piękne rzeczy. Nadal lubię czuć się kobietą.
Tylko już się nie przebieram.
Po prostu się ubieram.